Sezon 2020 okiem ekonomisty (cz. IV) – agrest i aronia

Aronia w kistenach trafia do zakładów przetwórczych

Plantacje aronii w 2020 roku plonowały nierównomiernie w różnych częściach kraju. W centralnej jego części poważnych strat dokonały przymrozki majowe, lecz na wschodzie owocowanie nie było złe. Także w woj. świętokrzyskim aronia raczej się udała. Natomiast na agrest już od kilku lat trwa dekoniunktura, choć poprzednio stawki były dość stabilne i wysokie. Poprosiłem Tomasza Smoleńskiego z IERiGŻ o nakreślenie sytuacji rynku tych dwóch gatunków.

Chciałbym we wstępie zapytać o agrest. Jak z Pana perspektywy wygląda ten rynek?

Tomasz Smoleński: Kompletna klapa w 2020 roku! Produkcja niby jest stabilna. W obecnym roku agrestu dostarczono na rynek ok. 10 tys. ton, w roku minionym na zbliżonym poziomie. Stawki cenowe były jednak tak niskie, że niektórzy plantatorzy w tym sezonie podjęli decyzje o nieprzeprowadzaniu zbiorów. Owoce pozostawione na krzewach nie są wliczane do wielkości produkcji. Można więc stwierdzić, że realnie wyprodukowaliśmy więcej niż udało się zbyć.

Czym spowodowana jest taka sytuacja?

TS: Wycofali się zagraniczni odbiorcy. Obecnie prawie nie ma zainteresowania tym owocem, nie ma kontraktacji. Mamy kilka hipotez. Przedstawię dwie dość prawdopodobne. Pierwsza mówi o tym, że z owoców agrestu produkowano zamienniki związków żelujących. Obecnie nie ma jednak żadnych kłopotów z dostępnością żelatyny pochodzenia zwierzęcego. Druga hipoteza, jest lansowana głównie przez te zakłady, które owoce eksportowały do Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Mówi o tym, że zbyt mały jest udział w strukturze krajowej odmian agrestu odmian bezkolcowych. Kolce w owocach, niewykrywalne przez żadne urządzenia, to zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów i jednocześnie czynnik dyskwalifikujący towar z obrotu handlowego. W efekcie pojawiało się sporo reklamacji. Całe partie zwracane były na koszt zakładu pierwotnie je wysyłającego. Tego przedsiębiorstwa panicznie się obawiają i kontrakty zostały pozrywane lub nie przedłużano ich.

Jaki los czeka towarowe plantacje agrestu?

TS: Część z nich pewnie zostanie zlikwidowana, część zaniedbana lub wręcz porzucona. Ale obserwuję także próby przekształcenia niektórych kwater na produkcję owoców deserowych. Co ciekawe, panuje niesamowity rozdźwięk cenowy pomiędzy agrestem trafiającym na skup na rynek detaliczny, a tym kierowanym do przetwórstwa. W każdym razie takie próby transformowania produkcji to jednak zawsze jakiś pomysł na ratowanie sytuacji.

Ta wielka różnica cenowa między deserem a przemysłowym produktem chyba dotyczy wszystkich jagodowo-deserowych nisz?

TS: Tak, dokładnie. Innym przykładem takiej sytuacji jest czarna porzeczka. Tu stawki także są bardzo wysokie na rynku świeżym, choćby i w lata, gdy w skupie produkt ten jest za bezcen. Wspólnym problemem jest brak odpowiednich działań promocyjnych, kampanii marketingowych skierowanych do konsumentów. Można próbować przebić się do ich świadomości akcentując konkretne aspekty związane z tymi owocami, jak na przykład to, że pochodzą z gospodarstw lokalnych, ekologicznych czy biodynamicznych.

W krajach Zachodniej Europy tak się dzieje i tamtejsze sieci handlowe sprzedają większe ilości jagodowych, które u nas często jeszcze uważane są za mało smaczne albo wręcz „oldschoolowe”. Starsze pokolenia znają bowiem agrest i do pewnego stopnia cenią ten owoc. Wiedzą do czego można go użyć, akceptują jego smak. Ale czy to samo można powiedzieć o młodych ludziach? Wiadomo na przykład, że smak czarnej porzeczki jest mało akceptowalny przez nich. Konieczne jest dosładzanie, czy mieszanie soku z czarnej porzeczki z innymi, np. z sokiem jabłkowym. Agrest z kolei to dobry owoc do wyrobu domowych kompotów czy ciast, lecz dziś mało kto ma na to czas. A owoc ten zjadany deserowo przecież zazwyczaj jest po prostu kwaśny. Być może mógłby znaleźć zastosowanie w produkcji jogurtów i kefirów, do tego też się nadaje. To nisza, która może zostać zagospodarowana.

agrest, ceny agrestu, uprawa agrestu

Od wielu plantatorów z różnych części kraju napływają doniesienia o uszkodzeniach mrozowych krzewów aronii i w efekcie mniejszym plonowaniu. Czy wiadomo już jak duża była tegoroczna produkcja tych owoców?

TS: To prawda, są regiony Polski w których uszkodzenia były poważne. Ale w innych źle wcale nie było. Wedle szacunków tegoroczne zbiory to 40 tys. ton, a więc wcale nie tak mało. Rok wcześniej było ok.  40 tys. ton, ale w 2018 roku zakłady skupiły aż ok. 50 tys. ton. Zaznaczył się zatem niewielki spadek, ale za to stawki poszły w górę. W obecnym roku przemysłowcy płacili za aronię średnio 1,45 zł/kg netto loco zakład. Rok wcześniej średnia stawka wynosiła 1,20 zł/kg netto. To oznacza wzrost wynoszący ok. 20%, co przy niemal identycznej wielkości produkcji powinno zostać uznane za rezultat znacznie zwiększający opłacalność.

Czym spowodowany był ten wzrost?

TS: Z pewnością nie bez znaczenia były ceny płacone za porzeczkę czarną. Te dwa owoce rynkowo są ze sobą związane. Gdy pierwszy gatunek płaci, to na ogół za drugi też można otrzymać dobre stawki. Pamiętajmy jednak, że lata 2017-2018 były katastrofalne. Stawki poniżej 1 zł loco zakład nie są w stanie zaspokoić oczekiwań plantatorów. Póki co, nie mam jednak informacji, aby areał uprawy aronii miał się kurczyć. To wciąż poziom w zakresie 7-8 tys. ha.

Z rozmów z niektórymi specjalistami z branży wynikało, że jakość owoców dostarczana do zakładów była w tym roku dobra. Czy do Pana także docierały takie sygnały?

TS: Owszem. Niekorzystne warunki pogodowe w czerwcu i lipcu nie wpłynęły negatywnie na jakość owoców aronii. Dojrzewały one w ciepłych i pogodnych dniach sierpnia. W okresie, gdy trwały zbiory były już słodkie i okazałe, dobrze zaopatrzone w wodę a nie zasuszone jak w niektórych poprzednich latach. Mam sygnały z woj. świętokrzyskiego, gdzie są spore areały upraw aronii, że plonowanie tam było na dobrym poziomie, a jakość uzyskanego towaru bardzo dobra.

Ile powinniśmy w Polsce produkować aronii, aby jej sprzedaż przebiegała płynnie?

TS: Wydaje się, że takim rozsądnym poziomem jest właśnie 40 tys. ton, a więc tyle ile udało się do zakładów dostarczyć w tym roku. Przy takich wielkościach produkcji spodziewać można się w miarę przyzwoitych stawek cenowych. Gdy wolumen oddawanego zakładom towaru zbliża się do progu 50 tys. ton stawki cenowe osiągają absolutnie minimalne poziomy.

Jakie są główne bariery dla dalszego funkcjonowania tego rynku?

TS: Produkcja aronii nie jest dostatecznie „okontraktowana”. Wątpię też, czy w przyszłości będzie. Doceniam starania Krajowego Zrzeszenia Plantatorów Aronii „Aronia Polska” na tym polu, to jeden z prężniejszych związków. Problemem jest jednak chwiejna postawa zagranicznych odbiorców. Produkty sprzedawane jako aroniowe są bardzo nieliczne, koncentrat z tych owoców służy głowie jako komponent do produkcji soków i napojów oznaczonych jako wyprodukowane z innych owoców. Aronia jest więc niejako „anonimowa”, a przez to łatwa do zastąpienia. Zagraniczni kontrahenci mogą sięgać po koncentrat z innych owoców, co stanowi hamulec dla wzrostu cen. Aronia plonuje też pod koniec kampanii skupu owoców przemysłowych i dlatego stawki za nią mogą być w dużej mierze pochodną ogólnego urodzaju lub nieurodzaju, nie tylko w Polsce. Rynek międzynarodowy aronii jest z kolei bardzo mały, większość tych owoców produkowana jest nad Wisłą. Z tego względu produkcja w innych krajach nie jest dla nas zagrożeniem.

Czy myśli Pan, że szansą dla plantatorów może być przetwarzanie owoców aronii z własnych upraw?

TS: Wszystko zależy od skali prowadzonych plantacji. W małych gospodarstwach już trwają takie właśnie działania. Dżemy i soki kierowane są na lokalne rynki, tworzą się marki i być może kierunek ten będzie mieć przyszłość. Ale dla właścicieli wielkich plantacji, a takich jest już trochę w naszym kraju, odpowiednim partnerem handlowym może być wyłącznie spory zakład przetwórczy

Dziękuję za rozmowę





ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here